Zdążyć przed Panem Bogiem - Zdążyć przed Panem Bogiem – Hanna Krall – Streszczenie szczegółowe

Poniżej przedstawiam streszczenie dzieła polskiej pisarki Hanny Krall zatytułowanego „Zdążyć przed Panem Bogiem”.Fragment 1
Narrator rozpoczyna rozmowę z jeszcze nieznaną nam osobą. Dopiero w dalszej części utworu dowiadujemy się, że jest to Marek Edelman – uczestnik powstania w getcie warszawskim. Prowadząca wspomina to, co Edelman mówił jej, kiedy spytała o dzień dziewiętnastego kwietnia tysiąc dziewięćset czterdziestego trzeciego roku. Dowiadujemy się, że było wtedy chłodno, a rozmówca nie ubrał się od razu o siódmej, kiedy z daleka usłyszał pierwsze strzały, a dopiero o dwunastej, gdyż, jak uważa, wcześniej nie miałoby to sensu. Następnie rozmówca wspomina krótką wymianę zdań z chłopakiem, który przynosił broń ze strony aryjskiej. Tamten poprosił go o zaopiekowanie się jego córką, która wtedy znajdowała się w Zamościu w klasztorze, bo podejrzewał, że nie przeżyję wojny. Edelman zbył go krótkim „Nie pleć głupstw”, jednak po wszystkim spełnił prośbę kolegi. Pan Marek opowiada dalej, co robił po tym wydarzeniu. Edelman i inni rozglądają się po okolicy, jednak widząc Niemców, nie ważą się do nich strzelać, gdyż – jak to ujmuje Edelman – „nie mieli jeszcze wprawy w zabijaniu”. Następnie mamy mały przeskok w czasie, bo okazuje się, że po prostu po trzech godzinach przestano słyszeć strzały. Jednak to nie koniec historii, ponieważ dowiadujemy się, że Edelman i jego koledzy przebywali na terenie zwanym gettem fabryki szczotek, które znajdowało się na trzech ulicach: Franciszkańskiej, Świętojerskiej oraz Bonifraterskiej, a brama do tej fabryki była zaminowana. Na tym kończy się dzień pierwszy i przechodzimy do dnia drugiego. Drugiego dnia umierają pierwsi ludzie – miny zostają użyte i ginie około stu Niemców będących w pobliżu. Wtedy kolejny oddział próbuje zdobyć teren, posługując się tyralierą, jednak i to nie skutkuje, więc w końcu wysyłają trzech żołnierzy z opuszczoną bronią i białą kokardą, aby oznajmili broniącym, że jeśli się poddadzą, to potraktują ich „ulgowo” i wyślą do specjalnych obozów. Edelman z towarzyszami ostrzeliwują eskapadę. W konsekwencji zostają później – w raporcie Stroopa – nazwani bandytami ostrzeliwującymi parlamentariuszy. Co prawda nie trafili nawet w posłańców, jednak to było nieważne. Najważniejsze było pokazanie tego, że strzelają – ludzie podobno zawsze uważali, że strzelanie jest największym bohaterstwem.
Dalej autorka pyta, dlaczego wybrali właśnie ten konkretny dzień, dziewiętnastego kwietnia, na rozpoczęcie swoich działań. Edelman twierdzi, że oni „nie mieli wyboru”, gdyż tego dnia Niemcy zaplanowali sobie likwidację getta. Dostawali informacje z zewnątrz, jakoby Niemcy obstawili już wszystkie mury. W związku z tym cały sztab, składający się z pięciu osób, spotkał się u jednego z nich – u Anielewicza, który miał dwadzieścia jeden lat (a Edelman był o rok starszy i wydaje mu się, że był najstarszy). Jak wspomina, nie mówili wtedy wiele, a jedynie powtarzali, kto co bierze, czyli kolejno: Anielewicz obstawia getto centralne, a Geller i Edelman – szopy Toebbensa i wspomnianą już fabrykę szczotek. Jedyną różnicą w ich spotkaniu było to, że się pożegnali, czego nigdy wcześniej nie robili. Następnie mamy krótką informację o Anielewiczu: został komendantem, bo chciał; był oczytany, a wcześniej mieszkał na Solcu. Jako jedyny nigdy nie widział, jak ładuje się ludzi do wagonów jadących do gazu, a to mogłoby go załamać. Edelman wspomina, że nie widział go pierwszego dnia, za to drugiego owszem, ale „był to już inny człowiek”. Podobno pierwszego dnia siedział i powtarzał „wszyscy zginiemy”, a z tego stanu odrętwienia wyszedł tylko na chwilę, kiedy dowiedział się, że Armia Krajowa każe im czekać w północnej części. Jednak i to było złudne, bo jedyny chłopak, jaki tam poszedł, krzyczał, bo się palił. Później Edelman kończy opowiadanie o nim, wspominając, jak siódmego maja odwiedził go i jego dziewczynę Mirę, która następnego dnia na ulicy Miłej została przez Anielewicza zastrzelona, po czym mężczyzna popełnił samobójstwo. Podobnie postąpił Jurek Wilner, krzycząc „Zgińmy razem”, a Lutek Rotblat zabił także swoją matkę i siostrę. Łącznie samobójstwo popełniło około osiemdziesięciu żołnierzy, a oddziałowi Edelmana mówiono później, że tak powinno właśnie być, że „Zginął naród, zginęli jego żołnierze”. Razem z tamtymi były też dziewczyny, np. duża i ładna Ruth, która zmarnowała im sześć pocisków, zanim w siebie trafiła. A teraz jest tam skwer i kopiec i kamień z napisem, taki zbiorowy grób, bo nigdy nie wydobyto kości. Edelman w odpowiedzi na pytanie oznajmia, że jego oddziałowi, przynajmniej przez pierwsze dwadzieścia dni, nie przyszło to do głowy. Jednak potem Edelman przyznaję, że potrafił „dać w mordę”, jeśli ktoś za bardzo histeryzował, a z biegiem dni już nie czuł wyrzutów sumienia, kiedy na polu poległo pięciu żołnierzy. Tłumaczy, że wtedy chodziło o śmierć i nigdy nie było nic większego, więc byli spokojni, a teraz, kiedy pracuje w szpitalu, chodzi o życie, i dlatego denerwuje się znacznie bardziej. Dodatkowo przypomina sobie, jak nie chciał odpowiedzieć Staśkowi (którego nazwiska nie pamięta), że po drugiej stronie muru wcale nie ma żadnego adresu, do którego mógłby się udać. Ci, którzy byli w getcie, widzieli ulicę na zewnątrz, ponieważ mur sięgał jedynie na wysokość pierwszego piętra. Kiedy widzieli ludzi i karuzelę i słyszeli głośną muzykę, to obawiali się, że ludzie ich nie usłyszą, że nikt nie zauważy ani walki, ani poległych, bali się, że ten mur jest za wielki, żeby świat się o nich dowiedział. Jednak, jak się okazało, ktoś musiał wiedzieć, bo z Londynu przyszła do nich informacja, że Sikorski nadał pośmiertnie Krzyż Virtuti Militari ich koledze – Michałowi Klepfiszowi, który poświęcił się, zasłaniając karabin, aby inni mogli się przedostać i odeprzeć atak zaraz przed tym, jak Niemcy przyszli z białą kokardą. Edelman wspomina, że był wtedy gońcem w szpitalu i jego pracą było stanie przy bramie Umschlagplatzu i wyprowadzanie „chorych”, czyli tych, których należało uratować. Kiedyś, wspomina, wyprowadzał taką jedną Zosię cztery razy i zawsze znowu ją zgarniali, ale musiał nadal to robić, bo była ich najlepszą łączniczką. Przez to musiał odmawiać innym, np. matkom proszącym, żeby wyprowadzić ich córki. Mógł niestety wyprowadzać tylko jedną osobę. Ale później było gorzej. Niemcy najpierw obiecali, że przetrwają ci, którzy będą mieli numerek życia, więc wszyscy się po niego pchali, ale Niemcy przyszli i po nich. Później to samo stało się z pracownikami fabryk, więc ludzie dawali wszystkie pieniądze za maszynę do szycia, ale po nich także przyszli Niemcy. A na końcu oznajmili, że rozdają chleb i marmoladę tym, którzy się zgłoszą na roboty. I tysiące szło. Do Treblinki. Oddział Edelmana wiedział, o co chodzi, bo raz posłali jednego kolegę, Zygmunta, który zabrał się z kolejarzami z Gdańska. Kiedy dojechali do rozwidlenia, tamci powiedzieli mu, że jeden tor prowadzi do Treblinki, gdzie codziennie przyjeżdżają pociągi obładowane ludźmi. Te pociągi wracają puste, a jedzenia się tam nie dowozi. Mimo że ogłosili to wszystko, czego Zygmunt się dowiedział, w gazecie, nikt nie uwierzył. Ludzie mówili: „Oszaleliście? Tyle chleba by marnowali?”. Edelman stał przy bramie przez cały ten okres, czyli przez sześć tygodni (od 22 lipca do 8 września). Ostatniego dnia Niemcy przyszli do szpitala, który mieścił się w szkole zawodowej, aby także ten szpital zlikwidować. Na górze były sale z dziećmi. Jedna z pielęgniarek zdążyła podać im truciznę. Została uznana za bohaterkę, bo to, co zrobiła, było nadzwyczajne – uratowała dzieci od komory gazowej. Kiedy inne pielęgniarki wykorzystywały cyjanek, aby ulżyć swoim rodzicom, których szukały wśród innych chorych leżących na podłodze i czekających na załadowanie do wagonu, tylko ta jedna zatroszczyła się o dzieci. Edelman i inni rozważali, co mogliby zrobić, aby zobaczył ich cały świat. Chcieli usiąść na murze i dzielnie czekać na ostrzelanie przez gestapowców albo podpalić całe getto. Jednak zdecydowali się właśnie na powstanie. A było ich ledwie dwustu dwudziestu.Fragment 2 – Opublikowanie streszczonego wyżej wywiadu
Okazało się, że cały ten wywiad, przetłumaczony na wiele języków,  wzbudził w ludziach oburzenie. Doszło do tego, że pewien literat ze Stanów Zjednoczonych, pan S., musiał wziąć Edelmana w obronę. Tytuł wywiadu brzmiał „Wyznanie ostatniego przywódcy getta warszawskiego”. Ludzie byli oburzeni, ale najbardziej chodziło im  o ryby, którym Anielewicz malował skrzela na czerwono, aby matka mogła je sprzedać jako świeży towar. Do literata napisał nawet pewien żołnierz niemiecki z prośbą, czy nie mógłby o nim wspomnieć w swoim artykule, na co tamten grzecznie mu odmawia. Marek Edelman miał spotkać się z Antkiem, zastępcą Anielewicza. Trochę denerwuje się przed spotkaniem, jednak okazuje się to niepotrzebne, bo Antek zapewnia go o swojej przyjaźni i szacunku. Zgadza się z większością wywiadu, jednak twierdzi, że osób było tam więcej oraz że ryby malował nie Anielewicz, a jego matka.Następnie jest fragment opowiadający o tym, jak jeden z tych, którzy przeżyli powstanie, opowiadał o tym, co się działo. Według innych mówił bez patosu więc nie był bohaterem. Milczał przez ponad 30 lat.
Dalej mamy wspomnienie o Krystynie Krahelskiej, jasnowłosej dziewczynie, która tego „ciepłego, sierpniowego dnia” napisała piosenkę „Hej chłopcy, bagnet na broń”, opatrzyła rannego i pobiegła dalej w słońcu. I umarła pięknie i estetycznie, jak umierać powinni wszyscy, a umierają tak tylko ci jaśni. „Czarni i brzydcy” umierają „nieefektownie”: w ciemności, w strachu. Ukrywając się, czekają, aż ktoś im przyniesie coś ze śmietnika albo owies na wodzie. Wszystko tam było szare. Szare włosy i ubrania, szare twarze i pościele. Dzieci napadają na przechodniów, licząc, że trafią na kawałek chleba. Dzieciom w szpitalu dają pół jajka w proszku i po pastylce cebionu. A biały personel szpitala ma przydział żywności: po pół litra zupy i sześć deka chleba na osobę. Matki odgryzają kawałki swoich zmarłych dzieci; nie chowają ich, bo na to potrzeba pieniędzy. Ludzie stoją przed łaźniami, czekając na odwszawienie, a policja musi pilnować dorosłych, aby nie wyrywali przywiezionej tylko dla dzieci zupy. Z głodu umiera się w sposób nieestetyczny. Lekarze zaś prowadzą badania nad mechanizmem śmierci głodowej, gdyż, jak twierdzą, „jeszcze nigdy nie mieli tak dużo materiału badawczego”. A jednak okazuje się, że nawet nie udało im się ustalić, dlaczego przy głodzie powstają obrzęki. Musieli przerwać pracę nagle, gdyż po zlikwidowaniu materiałów badawczych zniknęli sami badacze, a przeżyła jedynie doktor Teodozja Goliborska. Pracowała w Australii i na pytanie, czy ta wiedza, którą zdobyła, badając głodujących, na coś jej się przydała, stwierdza, że absolutnie nie, ponieważ w Australii wszyscy są syci, a czasem nawet przekarmieni.
Następnie pojawia się przedstawienie wyników badań. Opisują one zmiany wagi, a sam stan głodu dzielą na trzy stopnie. Potem pojawia się anegdota o szwedzkim lekarzu, który pracując z partyzantami, nauczył się operować serce, czego nigdy wcześniej nie robiono. Jednak sam lekarz przyznaje, że przed każdą operacją bał się bardzo, ale nie tego, że pacjent umrze, bo bez operacji i tak by umarł, ale tego, że powiedzą o nim, że eksperymentuje na człowieku, a to byłoby najgorsze oskarżenie. Cała ta historia wiążę się z Edelmanem, gdyż to on stwierdził, że można operować Rzewuskiego (jednego z pacjentów) mimo zawału i gdyby nie on, to całej sprawy by nie było. To on podsunął Profesorowi pomysł na to, żeby krew do serca wracała żyłami, a nie tętnicami. Przez ponad rok Profesor, pomimo wstępnego sprawdzenia, czy ich koncepcja jest słuszna, nie decyduje się na przeprowadzenie operacji, aż w końcu robi to w przypadku pani Bubnerowej. Ta nie umiera, a w prasie robi się głośno, a inni lekarze m.in. ze Stanów, zaczynają stosować technikę Profesora.
Następnie mamy wspomnienia jeszcze sprzed powstania getta – o Żydzie, który stał koło beczki, a przy nim stali dwaj żołnierze, którzy, ku wielkiej radości tłumu ich otaczającego, powoli, wielkimi, krawieckimi nożycami obcinali po kawałku jego długiej brody. Rozmówca informuje, że to wtedy zrozumiał, że nie należy nigdy pozwolić zepchnąć się do takiej beczki. Prowadząca rozmowę pyta, dlaczego jej rozmówca nie wyjechał, jak to robiło wielu, jeszcze na początku wojny. Edelman nie zrobił tego, bo ci, którzy to zrobili, świetnie się uczyli, mieli własne telefony w domach, a na ścianach wisiały u nich oryginalne obrazy, a nie jakieś tam repliki. On z kolei nawet nie miał domu, bo kiedy miał 14 lat, zmarła jego matka. Poza tym przed wojną zachęcał Żydów, żeby zostali w Polsce, przekonywał, że tam jest ich miejsce, więc kiedy wszystko się zaczęło, nie mógł ich zostawić. Po wojnie ci, którzy wyjechali, zostali dyrektorami japońskich koncernów, fizykami pracującymi dla amerykańskich agencji jądrowych bądź profesorami na uniwersytetach. Owszem, po wojnie, kiedy Edelman był już uznawany za bohatera, proponowali mu przyjęcie go do swojego towarzystwa, ale on nie mógł tego zrobić, skoro osobiście stał przy tej bramie, przez którą wyprowadzali ponad czterysta tysięcy osób, ale nie jego.
Następnie Edelman prosi o zmianę tematu i wspomina o kwiatach, które dostaje pytająca w każdą rocznicę powstania. Wspomina też o tym, że jako goniec mógł legalnie przechodzić na aryjską stronę, aby nosić krew do osób chorych na tyfus. Chwilę opowiada o ambulatorium, które znajdowało się przy Umschlagplatzu, gdzie dzielne pielęgniarki, m.in. łamiąc więźniom nogi, udowadniały Niemcom, że chore osoby nie mogą jechać na roboty, tym samym ratując te poszczególne osoby. Jest krótka historia gwałconej dziewczyny, której nikt nie mógł pomóc, bo nikt nie mógł wstać z podłogi, wspomnienie o Poli Lifszyc, którą Edelman uratował, a która po tym, jak dowiedziała się, że matka zostanie wywieziona, sama pobiegała za tymi wagonami, żeby wmieszać się w tłum i także z nimi pojechać. Edelman mówi, że o Korczaku, który poszedł razem z dziećmi na śmierć, wiedzą wszyscy, a o Poli, która poszła za matką, nie wie nikt. Opowiada o tym, jak Gmina miała problem, żeby rozdawać numerki życia, które teoretycznie ratowały życie, i o paru osobach, które go otrzymały, w tym także on. Opowiada, jak praktycznie losowe pary szukały rabina lub kogokolwiek, kto mógłby udzielić im ślubu, żeby do wagonów wsiadać już jako małżeństwo, żeby przez chwilę mieć osobę, dla której warto by żyć, która też próbowałaby cię osłonić. Wspomina o tym, jak wiedzieli, że przesiedlenie to śmierć i naklejali tę wiadomość wszędzie, gdzie się dało. Mówi, że najpierw wywozili więźniów i starców, później żebraków, a później musieli codzienni do czwartej wybrać 10 tysięcy kolejnych ludzi i policja to robiła, zatrzymywała na ulicach, otaczała domy i wywlekała z mieszkań. Na niektórych policjantów wydali wyrok, m.in. na mężczyznę, który po długich staraniach w końcu miał dziecko i miał nadzieję, że swoją gorliwością je ocali. A prowadząca rozmowę przypomniała mu, jak ta jego córka przyszła pewnego dnia i pytała o niego, a Edelman musiał jej cierpliwie tłumaczyć, że zginął nie za to, że liczył ludzi wyjeżdżających wagonami, ale za to, że nie potraktował poważnie ich groźby, aby dostarczył im pieniędzy na potrzebną im broń.
Następnie przechodzimy już do czasu po powstaniu. Około 500 osób stworzyło organizację bojową i powtórzyło akcję, ale wtedy zostało ich już tylko osiemdziesięciu. Jeden z poetów, którzy pisali w getcie wiersze, zdążył napisać jeden o strzałach z tej styczniowej akcji i nazwał go „Kontratak”, a wspomina tam o „naszych działach”, których było dziesięć, i które dostali od Armii Ludowej. Ci, którzy nie mieli broni, walczyli rękami. A kiedy Anielewicz, w celu zdobycia jeszcze jednego pistoletu, zabił jednego Niemca, tamci w odwecie zgarnęli kilkaset osób z Zamenhofa.
Za rewolwer płacili od trzech do piętnastu tysięcy, a za ukrywanie Żyda różnie – dwa, pięć tysięcy. Tak więc za rewolwer można było utrzymać nawet trzech Żydów, ale nikt wtedy nie podejmował takich decyzji. Jest wątek odbijania gazetek na powielaczu na Wałowej i tego, jak kiedyś musieli przenieść maszynę, ale otoczyli ich żydowscy policjanci – na szczęścia dowódcą był jeden z „porządnych” i udało im się uciec. Opowiedział również historię, jak drugiego dnia powstania Niemcy podpalili ich teren. Większość zdecydowała się wtedy uciekać, ale napotkali mur z wyłomem, który był dokładnie oświetlany przez reflektor. Wtedy Zygmunt (ten od córki) poświęcił się, żeby strzelić w ten reflektor, dzięki czemu reszta mogła uciekać dalej. A Edelman po wojnie od razu znalazł jego córkę, Elę. Ona wyjechała do Ameryki, gdzie pokochali i zaadoptowali ją pewni państwo, jednak ona z niewiadomych przyczyn popełniła samobójstwo. Wróćmy do tego, co stało się z uciekającymi. Oni przeskoczyli przez mur i wbiegli do getta centralnego, gdzie spotkali Bluma, który poinformował ich o załamaniu Anielewicza po tym, jak grupa AK próbowała zaatakować mur przy ulicy Bonifraterskiej. Nie udało im się to, a Anielewicz nie ma już broni ani nadziei na pomoc. Wtedy wszyscy udali się do jednej z piwnic, ale na ulice wyszli Niemcy, a Edelman był też akurat na ulicy, więc musiał zacząć uciekać. Biegł po dachach. Wreszcie zatrzymał się na chwilę u chłopaka, który miał cały worek sucharów. Podzielił się dwoma, więcej nie chciał dać. Około szóstej chłopak umarł. Edelman zeskoczył z dachu i znalazł na podwórzu zmarłych chłopców, w tym Staśka, któremu nie chciał dać adresu. Razem z innymi ich pochował, a jako że był pierwszy maja, zaśpiewali nad ich grobem Międzynarodówkę. Później spotkał się jeszcze z Anielewiczem i Mirą, ale oni popełnili później, jak już wspomniano, samobójstwo. I nadszedł dzień, kiedy cały oddział miał przechodzić na stronę aryjską. Przewodnik „Witold” kazał im czekać przy ulicy Prostej, aż w końcu dziesiątego maja otworzyła się klapa, gdzie były już samochody i ich ludzie. Edelman wspomina, że ludzie patrzyli na nich przerażeni, bo byli brudni i czarni. Całą akcję zorganizował i umożliwił Kazik, który miał wtedy dziewiętnaście lat.
Okazuje się także, że po wojnie Luba Blumowa założyła dom dziecka, gdzie przebywały dzieci znalezione np. w szafach czy pod składami węgla. Mamy też opis snu pewnej sąsiadki pani Strońskiej, która opowiada go Edelmanowi. Kobieta ma ten sen, odkąd wprowadziła się do nowego mieszkania. Śni jej się, że wcale nie śpi, tylko jest w ciemnym pokoju ze starymi meblami. Czasem ma wrażenie, jakby za drzwiami ktoś stał, jednak po sprawdzeniu tego okazuje się, że nigdy nikogo tam nie ma. Pewnego razu znowu śni jej się ten sam sen, a w pewnym momencie drzwi się otwierają i do pokoju wchodzi młoda Żydówka. Robi gest, jakby chciała powiedzieć: „dobrze, pani tu teraz mieszka, byłam tylko ciekawa”, po czym otwiera okno i z czwartego piętra wyskakuje na ulicę. Od tego momentu sen już się nie powtórzył i zniknęło poczucie czyjejś obecności.
Informacje o tym, co działo się w getcie, były przekazywane dzięki Jurkowi Wilnerowi do Londynu, np. „Ostatnia faza likwidacji zaczęła się w niedzielę. Tego dnia wszyscy Żydzi obowiązani byli stawić się o godzinie 10 przed siedzibą Gminy. Tutaj rozpoczęto wydawanie numerków na życie, które każdy obowiązany jest nosić na piersi. Są to żółte kartki, z ręcznie wypisanym numerem, zaopatrzone pieczęcią Gminy i podpisem. Numerki są bezimienne”. Na początku marca złapali Jurka, a on przez cały miesiąc nie zdradził żadnych adresów, choć znał ich dużo. Kiedy wrócił do getta pod koniec miesiąca, nie nadawał się już do niczego, bo miał tak poobijane stopy. Jego cudowną ucieczkę z obozu na Grochowie zorganizował jego przyjaciel „Słoniniarz”, który później doprowadził go też do trochę lepszego stanu. Bardzo chciał wrócić do getta, gdzie podczas powstania sam wydał rozkaz samobójstw w bunkrach na Miłej (gdzie zabił się także Anielewicz). Po Jurku wysłannikiem został Antek Cukierman.
Autorka tekstu wspomina, że Andrzej Wajda chce zrobić film o getcie, w którym Marek Eleman opowiadałby o swoich wspomnieniach prosto do kamery. Miało się to odbywać w miejscach związanych z powstaniem w getcie warszawskim. Następnie pojawia się krótki opis tych miejsc, przy których mężczyzna mógłby opowiadać swoje dzieje. Jednak Edelman stwierdza, że nie będzie opowiadał do kamery, ponieważ już raz wszystko powiedział. Na pytanie, dlaczego został lekarzem, odpowiada: „Chciałabyś, żebym powiedział, że jestem lekarzem, ponieważ dalej chce robić to, co w getcie, czyli ocalać ludzi. Jednak moja odpowiedź jest inna. Przez wiele lat nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić, szukałem ludzi, którzy potrzebowaliby mojej pomocy. Ale takich już nie było. W końcu moja żona Ala zapisała mnie na medycynę, więc poszedłem”. Alę poznał, kiedy przyszła z patrolem, żeby ich wyprowadzić z bunkra na Żoliborzu. Edelman chodził na zajęcia, jednak po powrocie do domu znów kładł się do łóżka twarzą do ściany, więc z czasem zaczęli mu na niej rysować różne narządy, żeby choć w ten sposób coś zapamiętał. W końcu Edelman uświadomił sobie, że tak naprawdę jako lekarz robi to samo, co robił przy bramie: wyciąga jednostki z tłumu skazanych na chorobę. Porównał swoją pracę do osoby, która musi uchronić płomyczek, który Pan Bóg chce zgasić. To swoisty wyścig z Panem Bogiem.

Cała szkoła w Twojej kieszeni

Sprawdź pozostałe wypracowania:

Język polski:

Geografia:

Ads Blocker Image Powered by Code Help Pro

Wykryto AdBlocka

Wykryto oprogramowanie od blokowania reklam. Aby korzystać z serwisu, prosimy o wyłączenie go.