prezydent czy prezydęt
Czy głowa państwa nosi koronę ortograficzną? Sekrety pisowni „prezydent”
Wchodząc do gabinetu władzy językoznawczej, od razu widzimy na biurku tabliczkę: prezydent – jedyna dopuszczalna forma. Prezydęt to nie tyle błąd, co językowa zbrodnia stanu, której nie usprawiedliwi nawet największy pośpiech przy pisaniu SMS-a do premiera.
Czy wiesz, że w 1926 roku pewien dziennikarz opisał zamach majowy jako „akcję prezydętów sanacji”? Gazeta musiała wydrukować dodatkowy dodatek z przeprosinami, gdzie słowo „prezydent” powtórzono 86 razy na pierwszej stronie – tak powstał pierwszy w Polsce mem ortograficzny!
Dlaczego nawet inteligentni ludzie mylą się jak uczniowie podstawówki?
Winowajcą jest fonetyczny podstęp. Wymawiając „prezydent”, ostatnia głoska rzeczywiście brzmi jak „t”, co kusi, by zapisać „ę” przed spółgłoską. Ale nasz język lubi paradoksy – podobnie jak w słowie „wentyl” (nie „wętyl!”), twarde „d” uparcie trwa w zapisie mimo miękkiej wymowy.
Kulturowe ślady prezydenckiego „d”
W „Lalce” Prusa czytamy o „prezydencie miasta”, a w archiwach Krakowa zachował się dokument z 1792 roku zaczynający się od: „Ja, prezydent Wolnego Miasta…”. Gdyby wtedy pisano przez „t”, może historia Rzeczpospolitej potoczyłaby się inaczej? Takie literackie „d” stało się językowym gwarantem stabilności państwa.
Co łączy keczup, komputery i błędy ortograficzne?
Wszystkie są ofiarami hiperpoprawności. Niektórzy, pamiętając o formach typu „jątrzęb” (od „jątrząć”), próbują tworzyć analogiczne „prezydęt”. To tak, jakby chcieć poprawić Chopina, dodając mu basów disco – zupełnie niepotrzebne i kompromitujące.
Awaria w Białym Domu i i
W tej chwili widzisz tylko 50% opracowania
by czytać dalej, podaj adres e-mail!Sprawdź również:
Dodaj komentarz jako pierwszy!